Babski interes, czyli ile jeszcze wiochy może pomieścić Wiejska?
Jakiś czas temu doszły mnie słuchy o pomysłach na partię kobiet, z którymi to ujawniła się Manuela Gretkowska. Pomysł z jednej strony zasługujący na pochwałę, z drugiej jednak chyba nietrafiony. Czemu zasługujący na pochwałę? Tego tłumaczyć chyba nie trzeba, a nawet nie wypada - żyjemy w wolnym kraju, współtworzymy wspólnotę europejską, chcemy wierzyć, żeśmy już Zachód lub jego przedmurze. A skoro tak, to i swobody i obyczaje u nas takie, jak na Zachodzie. I bardzo dobrze. Żyd, Murzyn czy kobieta (kolejność przypadkowa) - każdy ma prawo uczestniczyć w politycznej debacie i założyć taką partię jaka mu się żywnie podoba, czego najpiękniejszym przykładem są pogromcy imć Wierzejskiego - Gamonie i Krasnoludki. A czemu nie?
Ale. Warto czasem usiąść i zastanowić się, czy niektóre pomysł są sensowne. Sensowne na tyle, by płacić za nie pieniędzmi podatników, które za chwilę zostaną utopione w kampaniach wyborczych i dietach posłanek i posłów partii Gretkowskiej.
Zastanawiająca jest sama kategoria, na podstawie której pomysł sam się wyłonił - płeć. Czy walka o prawa kobiet nie jest mimo wszystko krokiem w tył, może dyskretnym i niewidocznym znad spódnicy, mimo to znaczącym? Socjolog powiedziałby w tym momencie, że sytuacja jest źle definiowana, i to ze szkodą dla kobiet. Oto Polak-zwyklak, do którego to partia niebawem się zwróci, wstaje rano i szamając śniadanie słyszy w radiu, że za dni parę na scenę polityczną wkroczy nowy podmiot, który za główny cel stawia sobie walkę o poszanowanie praw kobiety. I co się okazuje? Raptem okazuje się, że Polak-zwyklak żyje w kraju, który o te prawa nadal walczy. Że wciąż trwa u nas epoka emancypantek Prusa, pracy u podstaw i dukanego niezdarnie po zapyziałych wioskach ABC egalitaryzmu. Myślałem, że było lepiej. Że w konstytucji nie tylko ABC, ale nawet i D jest już dawno zapisane. Że debata na tematy pokrewne feminizmowi trwa nie od dziś, że kobiet w przestrzeni publicznej - w polityce i mediach - jest coraz więcej i że Nemezis Na wyglądająca zza horyzontu swe oko kieruje raczej w stronę panów niż pań... Na próżno. Jednak wciąż jest źle. Jest licho. Kobiet dziennikarek, publicystek, pisarek, artystek, aktorek, skandalistek, prezesów, dyrektorów, polityków, krytyków wciąż za mało. Jak na lekarstwo. Rewolucja jeszcze nie zakończona.
A może jednak jest nieco lepiej niż feministkom się wydaje? Jako socjolog optowałbym za stwierdzeniem, że człowiek XXI w. to nie tylko ktoś przedsiębiorczy, zaradny, ustawiony i odpowiedzialny. Człowiek XXI w. to kobieta. Może by w ten sposób zdefiniować sytuację?
Halo, halo - zakrzyknie wyemancypowana część społeczeństwa - w Polsce nadal kobietom mniej się płaci, chętnie widzi się je przy garach, a i nierzadko też obrywają od mężów. Tak, macie rację. Ale czy, wobec tego, nie lepiej pracę nad tymi negatywnymi zjawiskami przenieść bardziej w teren? Po co pchać się do parlamentu? Nieco politowania wzbudzają we mnie 'manify' organizowane przez Zielonych i panią Szczukę w centrum i tak dość metroseksualnej i liberalnej Warszawy, podczas gdy na zapomnianej prowincji, z dala od kamer, kobieta nadal bierze w skórę od mężulka. A może już najwyższy czas urządzić manifę w popegeerowskiej wiosze, aniżeli zakorkowywać śródmieścia? Skoro problem ten tak bardzo uwiera, czy nie lepiej po prostu optować za bardziej skuteczną polityką społeczną?
Czy w kluczowych resortach nie ma kobiet, którym te sprawy leżą na sercu?
Inny problem - za niskie wynagrodzenia. W fotelu ministra pracy usadźmy więc przedsiębiorczą kobietę (czy aby nie jest to przypadkiem członkini 'Samoobrony'?) i niech walczy z seksistowską płacą. A może w szeregach Gretkowskiej dominuje przekonanie, że ich kobiety zrobią to lepiej? Zapewne tak jest, jednak w tym momencie wchodzimy na płaszczyznę sporu politycznego i, słowo daję, już słyszę te przekrzykiwania się na Wiejskiej, kto jest 'be' a kto 'cacy'.
Drogie panie. Obawiam się, że działalność partii kobiet kwalifikuje się do wycięcia brzytwą Ockhama. Ów pan żyjący dawno temu, rzekł mądre słowa: nie mnóżmy bytów ponad potrzebę. Otóż to. Nie mnóżmy. Już teraz mogę Wam powiedzieć, że zgromadzicie centrolewicowy - być może jednopłciowy - elektorat, który w poprzednich wyborach oddał głosy na stronnictwa popierające Waszą walkę i głoszące, że będą starać się o to samo, o co i Wy chcecie walczyć. Czy doprawdy, dzisiejsi politycy, a przynajmniej centrolewicowa, socjalliberalna orientacja nie zgadza się z Waszymi poglądami? Może lepiej już niech oni się tym zajmą i niech spełniają swoje obietnice. A może nowa pani prezydent Warszawy już jest tego świadectwem i będzie mieć w tym momencie coś do powiedzenia? Może jej obecność jest światełkiem w tunelu?
I jeszcze jedno. Nie wmawiajmy kobietom, że są stworzone do politycznej walki. Nie są.
Polityka to głównie męskie poletko zabaw, o czym dobitnie przekonuje antropologia i psychologia ewolucyjna. Ci, którzy (te, które) chcą, niech o te prawa walczą, jednak niech nie frustrują się, że wciąż za mało jest kobiet tym zainteresowanych. Poza tym, skąd ta pewność, że kobietom pomysł nowej partii tak bardzo się spodoba? Czy oznacza to, że wszystkie kobiety w parlamencie opuszczą swoje kluby, by przyłączyć się do nowopowstałego? Chyba nie...
Może zamiast ponownie zabierać głos w całym tym bałaganie - cieszmy się, że kobiety w polityce nie mają statusu czarnej perły i że w równym stopniu co mężczyźni potrafią zrobić wiochę na Wiejskiej? Wątpię, by w dzisiejszej sytuacji nowa partia wniosła do tej debaty coś więcej. Mamy kobiety w rządzie i to nie na byle jakich stanowiskach (inna sprawa, że kobiety czasem bylejakie), mamy kobiety w Sejmie i w Senacie - czy Polakowi-szarakowi naprawdę opłaca się bulić na jeszcze jedną partię?











