PROGRAMY PARTNERSKIE

Wydrukuj artykuł Wyślij powiadomienie e-mail do znajomego o tym artykule Podyskutuj na forum Oceń artykuł Zmień czcionkę - większa/normalna

Czy to możliwe?

Czy to możliwe?

Czy to możliwe, że ktoś, kto od wielu lat nie czuł nic poza podstawowymi potrzebami (patrz Maslow) nagle czuje, że czegoś mu brakuje? Na dodatek nagle wie czego mu brak i znajduje to przypadkiem (faktycznie kolejność była inna: znalezisko, co to?, odkrycie braku ...). Boi się tego, mimo iż żyje już sporo lat. Boi się odrzucenia, tego, że wyda się śmieszny, a to mogłoby zaboleć, nawet bardzo. Boi się bólu, nie tego fizycznego, bo do tego miał okazję się przyzwyczaić, życie nie rozpieszczało go, choć czasami miał sporo szczęścia. Boi się, ona: inteligentna, młodsza (od niego) i ładna (choć nie urodą jakiejś modelki, co mu się także bardzo podoba), acz nie pozbawiona drobnych wad; on: niezbyt przystojny, bez wielkich osiągnięć, z wadami, zwykły szarak. Jednym słowem para typu: piękna i bestia.

 

Bez niej czuje się zgorzkniały, patrzy na świat beznamiętnie, dzień mija za dniem. Przy niej czas skrzy się, błyszczy, mija z lekkim westchnieniem. W jej towarzystwie, nawet gdy nic nie mówi, czuje się spokojnie, jest odprężony. Świat nagle nabiera sensu. Śmieje się, co uwielbia, a o czym często zapomina. Nagle ona staje się ważna, i nie wie jak jej to okazać. Słowa, które dotąd traktował jak banały, nagle nabierają znaczenia. Dotychczas wydawały się płytkie, sprane. Nagle zaczęły go przerażać, a możliwość, ba, konieczność ich wypowiedzenia zaczęła go przerażać.

Przeżył sporo wiosenek, kobiety traktując trochę z większym zainteresowaniem niż powietrze, praktycznie zero doświadczenia w "tych" sprawach. Dotychczas była to dla niego tabula rasa, mimo iż stale się w je otoczeniu obraca. Kilka razy zadurzył się, hormony szalały itd. Każda znajomość kończyła się jednak szybko, z jego winy, bał się zaangażować. Nie umiał i nie umie okazywać uczuć, bo dotychczas nawet nie chciał się z nimi zdradzać przed nikim (nawet rodzinę, mimo że ich kocha (tak myśli) traktuje raczej z dystansem, za który ma do siebie pretensje). Zależy mu na niej, nie umie jej jednak tego okazać.

Uczucia miotają się w nim jak dzikie zwierzęta, co sprawia, że chyba po raz pierwszy od długiego czasu, myśli "ona, ja, może my", zamiast "ja". To straszne, ale ta prosta sprawa, przeraża go, a przecież przeżył już takie rzeczy, które powinny go były złamać - z nikim o nich dotąd nie mówił (jej, jak dotychczas jedynej osobie, chciałby powiedzieć, boi się jednak jej reakcji). Udało mu się je jednak przeżyć. Teraz jednak czuje się jak ryba wyjęta z wody. Tak jak rybie nadmiar tlenu, tak jemu nadmiar uczuć, szkodzi (?), przeszkadza, wywołuje dyskomfort.

Chciałby być blisko niej, przeraża go jednak jej ewentualna reakcja na to. A co jeżeli źle odczytuje jej uczucia do siebie? Utratę kontaktu, niech to będzie nadal znajomość, trudno byłoby przeżyć. Najdziwniejsze w tym jest, że seks wydaje mu się w ogóle nieistotny. Niezupełnie bez znaczenia (ona mu się podoba, nawet bardzo), ale jakby był czymś w rodzaju dodatku, takiej wisienki na torcie. Ważny jest tort - rozmowy itd. - a nie dekoracje. Nawet nie umie konkretnie określić, co mu się w niej najbardziej podoba - po prostu koszmar dla jego analitycznego umysłu. Te wszystkie myśli, uczucia przerażają go, dotychczas miał się za uodpornionego.

Był, jest (?) cynikiem, z czego zdaje sobie sprawę. Było mu z tym dobrze, przyzwyczaił się. Zero głębszych uczuć, świat wdziany przez pryzmat pracy, cyfr, głupich filmów, reklam. Normalka. Nagle grom, pojawiało się coś. Niech to szlag! I co z tym zrobić? Może to oznaka desperacji w poszukiwaniu kogoś? (latka lecą). Może objaw jakiejś choroby umysłowej? Cokolwiek to jest, to boli, drażni, swędzi, nie pozwala przemykać się po powierzchni. Czy to, co czuje jest realne? A może to mrzonka, wytwór wykończonego pracą umysłu? Nigdy tyle i tak sprzecznych myśli oraz uczuć nie przemykało mu przez umysł. To przeraża, jest niczym koncert usłyszany nagle przez głuchego. To nie ja - powtarza sobie - nigdy tak się nie zachowywałem. Nie poznaje siebie, a przecież trochę już siebie zna (te latka).

Ten tekst to najlepszy dowód, że coś w nim się zmieniło(a). Najdłuższa kartka do rodziny, jaką napisał, zawierała kilka zdań typu: jestem zdrowy (miał grypę), czuję się świetnie, idzie mi dobrze (prawie wyleciał ze studiów, kupa długów) itd.

Czy .........................

 

Autor:   A44

Data publikacji:   01 grudzień 2002r.

Oceń artykuł:
Aktualna ocena to: 4,17.
Wydrukuj artykuł Wyślij powiadomienie e-mail do znajomego o tym artykule Podyskutuj na forum Oceń artykuł Zmień czcionkę - większa/normalna