Dlaczego Wawel?
Tragiczny wypadek lotniczy, który miał miejsce na podsmoleńskim lotnisku a który spowodował tak poważne straty w polskich elitach rządzących już po zaledwie trzech dniach zaczyna obracać się w polityczny spektakl. Żałobę spokojnie można odłożyć już na półkę, skoro podejmuje się tak szybko tak wysoce nieodpowiedzialne decyzje. Mam tu na myśli decyzję podjętą przez kard. Dziwisza i rodzinę Kaczyńskich (nie oszukujmy się – przez J. Kaczyńskiego) o pochówku pary prezydenckiej w kryptach wawelskich, wśród najwybitniejszych postaci historycznych polskiego narodu.
Nie uważam, że jest to decyzja rozsądna. To decyzja podjęta z jednej strony podyktowana potrzebą obecnej, wzniosłej chwili, pełna patosu i uniesienia. Tak samo jak realizuje się obecnie pomysły nadawania ulicom nazw poświęconych pamięci prezydenta, jak dyskutuje się o nadaniu imienia Kaczyńskiego Stadionowi Narodowemu w Warszawie. To patos, czyste emocje, które prowadzą nas w ślepą uliczkę. Gdy kurz opadnie, gdy po tygodniu narodowego umartwiania się i kajania wrócimy do normalnych obowiązków (większość z nas juz wróciła, tylko media mielą znakomity temat niemiłosiernie) zaczniemy mieć coraz większe wątpliwości. I obudzimy się z ręką w nocniku, bo okaże się, że sami, bez większych sprzeciwów wynieśliśmy na polityczne ołtarze człowieka, którego za kilka miesięcy w naturalny sposób chcieliśmy zrzucić z urzędu, bo mieliśmy serdecznie dość jego nieudolnego prowadzenia urzędu prezydenta.
Gorzej jeszcze, bo koniec końców okaże się, że zostaliśmy w perfidny sposób zmanipulowani. I to przez J. Kaczyńskiego, który bezwzględnie realizuje swój polityczny plan. Oczywiście w chwili obecnej jeszcze niewielu potrafi dostrzec o co tak naprawdę chodzi. Okaże się to dopiero, gdy J. Kaczyński ogłosi wszem i wobec, że jako jedyny mozliwy kontynuator wielce szacownej patriotycznej polityki prowadzonej przez swojego ś.p. brata kandyduje na stanowisko prezydenta. Osobiście uważam, że dla PiSu i samego J. Kaczyńskiego to jedyna możliwa i zupełnie naturalna droga powrotu na szczyty popularności. Tylko, że taka perfidna, z wykorzystaniem wizerunku osób zmarłych w tak tragicznym wypadku.
Ludzie, ogarnięci nagłym, niespodziewanym, patriotycznym uniesieniem, odpowiednio pokierowani uwierzą, że J. Kaczyński to jedyny spadkobierca idei piłsudczyków, czy nawet idąc dalej – królów Polski. Wiem, że to przesada, ale wcale niewykluczone, że tego typu słowa wielokrotnie padną w czasie kampanii na nader podatny grunt ludzkich sumień poruszonych sobotnią tragedią. Przecież właśnie dajemy nieme przyzwolenie na świetny argument w rękach J. Kaczyńskiego – będzie miał brata i bratową na Wawelu, wśród królów, wieszczów i największych przywódców narodu. W jaki sposób można nie wykorzystać tego widomego symbolu za milczącym przyzwoleniem słabego w swej asertywności kard. Dziwisza.
Abp. Pieronek był już dużo odważniejszy otwarcie protestując przeciwko umieszczaniu zwłok pary prezydenckiej w wawelskich kryptach. Podobno prezydent był wybrany przez naród, czy prawda? To dlaczego nie naród ma decydować, gdzie spoczywać będzie po śmierci? Dlaczego zostawiać decyzję o tym bratu, który nader ewidentnie będzie próbował wykorzystać to w celu politycznym robiąc z nieudanego prezydenta bohatera narodowego i mianując się kontynuatorem jego politycznej spuścizny (o tak, potrzeba nam więcej muzeów, bardziej patetycznych obchodów rocznic historycznych i obrażania się na Niemców i Rosjan i wszystkich Polaków nie potrafiących zaakceptować frustratów na najwyższych stanowiskach w państwie).
Dlaczego umieszczać na Wawelu człowieka, który był symbolem polskiego politycznego piekiełka, niepotrafiącym się pogodzić z ludźmi, chowającym urazy, którego wizerunek kaczyńskiej złośliwości i niechęci wobec ludzi świetnie przykrywała jego żona, której tragicznego odejścia nie da się nie żałować?
A tak zupełnie na marginesie to zastanówcie się wszyscy nad sobą. Czy nie dajecie się zbyt łatwo ponieść medialnym emocjom w sposób maksymalnie profesjonalny kierującym waszymi myślami. Czy ś.p. Kaczyński był takim samym wielkim człowiekiem jak Jan Paweł II? Czy to nie jest jedna wielka przesada, by tak przeżywać tą katastrofę? To był wypadek, 96 znanych, pełniących państwową służbę osób zginęło w lotniczej katastrofie. Prezydent był tylko i wyłącznie jedną z tych osób. Naprawdę nikim więcej. Oddajmy im wszystkim należną cześć, pamiętajmy o nich. Ale nie róbmy z wypadku politycznych igrzysk. I nie róbmy z polityków osób świętych.








