Patrzydła: "Życie za życie"
Dramat człowieka skazanego na śmierć. Za gwałt i morderstwo. Cztery dni do wykonania wyroku. Skazany wie, że jest niewinny. Wynajmuje dziennikarkę, by przez trzy kolejne dni prowadziła z nim wywiad o zbrodni, karze i prawie. Naprowadza ją na trop jak może udowodnić swoją niewinność. Dziennikarka podejmuje wyzwanie, zdobywa dowody uniewinniające skazanego. Spóźnia się.
Prawda, że prosta historyjka? Nieco ckliwa, zawierająca nieco suspensu, nieco kryminalnej intrygi, sporo ludzkiego dramatu. Po obejrzeniu do końca zakrzykniemy właśnie: ależ to było proste i praktycznie wiadome od początku. Typowe amerykańskie podejście do kina. Wystarczy przestawić klocki kolejności, zataić jedną kluczową informację i nic się nie układa, żyjemy w napięciu, pytamy o co chodzi, kto zabił, dlaczego on się nie broni itp itd.
Ale powoli i od początku. David Gale to profesor uniwersytecki i jednocześnie aktywista ruchu na rzecz zniesienia kary śmierci. Od lat walczą o moratorium na wykonywanie kary śmierci w Teksasie. Sprawa jest o tyle trudna, że Teksas jest stanem z największymi tradycjami dotyczącymi kary śmierci, tutaj nikt jeszcze nie wymigał się od zasądzonej takiej kary, nikomu nie udała się apelacja, a sąd zawsze kazał karę wykonać. Co mógł David wraz ze swoja przyjaciółką Constance i innym aktywistą, Dustym zrobić? Postanowili ogłupić system. Pokazać, że jest niewydolny, niesprawiedliwy i głupi.
Jak to zrobić? Poświęcając swoje życie. Odgrywają scenę zgwałcenia i zabicia Constance (nota bene, po amerykańsku nie mającej nic do stracenia, umierającej na raka kobiety). David też nie widzi zapewne większego sensu w swoim dalszym życiu – po wpadce i fatalnym oskarżeniu o gwałt na jednej ze swych studentek traci posadę na uczelni, odchodzi od niego zona i zabiera jego ukochanego syna. Wie, że już go nie zobaczy. Zapija się. Po co tak egzystować? Czy jego nędzne życie nie może się jeszcze czemuś przysłużyć? Może, dlatego przystaje na propozycję przyjaciółki, która nie chce umierać powoli, w męczarniach choroby nowotworowej. Pozorują akt gwałtu i morderstwa na Constance. Nagrywają wszystko na kasecie video. David pozwala się ująć. Pozwala by sąd orzekł go winnym tej zbrodni. Pozwala wykonać na sobie wyrok śmierci. A cztery dni przed egzekucją zgadza się na pierwszy i jedyny wywiad ze znaną i dość kontrowersyjną dziennikarką Bitsey. Na tyle znaną i kontrowersyjną, że nie pozwoli, by jego śmierć poszła na marne. Zresztą dowód jego niewinności jest na wyciągnięcie ręki. Jest dostępny pół godziny przed jego egzekucją. Na tyle późno, by nikt nie przeszkodził w wykonaniu niesprawiedliwego wyroku. By zginął niewinny człowiek w imię udowodnienia, że powinno zostać wprowadzone moratorium na wykonywanie najwyższej możliwej do zasądzenia kary.
Historia smutna niewątpliwie. Historia pełna goryczy. Pełna przegranych ludzkich losów, zmarnowanych szans na lepsze jutro. Ale z przesłaniem – a jakże, pozytywnym. Amerykanie nauczyli się już przynajmniej, że jeśli w film nie da się wcisnąć, choćby butem, na chama, happy endu, to trzeba zasadzić widzom pozytywne przesłanie. No i jadą z grubej rury. Oczywiście, że sprawa jest ze wszech miar słuszna. Oczywiście, że jej przyklaśniemy. Tylko cały film, żeby to udowodnić? Za przeproszeniem nie bardzo mi się to widzi. Trochę to wszystko szyte grubymi nićmi i zamiast na porządne kino z moralnym wydźwiękiem, wygląda na solidną reklamę ruchu aktywistów sprzeciwiających się karze śmierci. A, że aktorzy hollywoodzcy podatni są na sprawy moralnie drażliwe i delikatne, łatwo było namówić Kate Winslet (w roli dziennikarki) i Kevina Spacey (w roli skazanego Davida) do udziału w tym przedsięwzięciu.
I co? Jako patrzydło się to nada, jak najbardziej. Można siąść i obejrzeć. Zachwycić się? Zdecydowanie nie. I jeszcze jedno – co za magik wymyślił polski tytuł? W oryginale jest to „Życie Davida Gale'a”. Życie za życie – no jakby mi kto łopatą zasadził i jeszcze zapytał czy wszystko zrozumiałem. Pulitzera dla tego gościa! Nobel tez może być ostatecznie!








