Polemika do artykułu: "Czym karmią nas kobiety, część I"
Rzadko bierze mnie aż tak duża ochota, żeby polemizować z jakimś artykułem przeczytanym w HE. Tym razem jednak widocznie artykuł Cliffa uderzył w czułą strunę i nie mogę pozostać obojętna. Od razu na wstępie zaznaczam (a stałym czytelnikom jedynie przypominam), że nie jestem wyempacypowaną feministką i daleko mi do stwierdzeń w stylu: "wszyscy faceci są tacy sami". Jednak kiedy przeczytałam: "Oczywiście, że kobiety nas okłamują", to coś się we mnie odezwało. Zatem zakładając, że teza postawiona przez Cliffa jest prawdziwa i odnosi się generalnie do wszystkich kobiet (nie będę tego komentowała), to może warto zastanowić się DLACZEGO kobiety Was, mężczyźni, okłamują? Cliff odżegnał się od tej kwestii, niemniej myślę, że warto by poświęcić jej nieco miejsca.
Dlaczego kobieta posuwa się do kłamstwa w rodzaju: "Nie zmieniłabym w Tobie niczego"? A jak reagujecie, kiedy kobieta mówi: "Wiesz, mógłbyś coś zrobić, żeby zgubić ten brzuszek", albo: "Gdybyś był choć trochę bardziej podobny do Brada Pitta (lub dowolne inne nazwisko)"? Czy miło jest słuchać czegoś takiego? Nie usprawiedliwia to oczywiście kłamstwa, ale po części je tłumaczy. Zresztą powszechnie wiadomo, że nie tylko kobiety lubią słuchać komplementów. Mężczyźni też czują się dowartościowani, gdy kobiety łechcą ich ego.
Myślę, że kłamstwo "nie zmieniłabym w Tobie niczego", może również wynikać po części z faktu, że tak często wyrażają się mężczyźni o swoich sympatiach (wiem to z autopsji), ponieważ decydując się na bycie z określoną kobietą akceptują ją w całej pełni i zazwyczaj nie czepiają się detali. A kiedy kobieta zwraca uwagę na cechy mężczyzny, które jej zdaniem wymagają zmiany, to reakcja jest albo obojętna, albo naznaczona delikatnie mówiąc irytacją. Być może właśnie dlatego kobiety zaczynają mówić swoim mężczynom to co oni chcieliby usłyszeć i świadomie nie mówią prawdy, by uniknąć zadrażnień. Może z czasem same w to kłamstwo uwierzą i przestaną marudzić?
A jakie motywy popychają kobietę do stwierdzenia: "Lubię, jak spotykamy się z TWOIMI kumplami"? Po części te wymienione powyżej. Może również dlatego, że w ten sposób kobieta, która darzy swojego mężczyznę prawdziwym uczuciem, usiłuje samą siebie przekonać, że lubi takie spotkania? Może to jej pomaga rozwijać tolerancję? Albo może chciałaby, żeby tak było? Ktoś mi zarzuci, że przypisuję kobietom zbyt szczytne pobudki. Spieszę z wyjaśnieniem, że zdarza się, że i nam kobietom one niekiedy przyświecają. Jak dla mnie to jest parę bardziej obleśnych rzeczy na tym świecie niż siedzenie w pubie, sączenie piwa i rozmowy o silnikach i procesorach, ale to taka subiektywna uwaga.
To samo mogę powiedzieć o sporcie. Z własnego doświadczenia powiem, że przy odrobinie chęci można się przekonać do śledzenia na bieżąco rozgrywek piłkarskiej ekstraklasy. Po dwóch sezonach znam z imienia i nazwiska conajmniej 30% wszystkich polskich piłkarzy, a czasem nawet typuję wyniki ligowej kolejki. Doszłam do około 70% skuteczności. W czasie transmisji meczów "na szczycie" co namniej na dwóch piętrach poniżej (mieszkamy na X piętrze) słychać rozkręcany przeze mnie doping. Nie znoszę też gdy muszę z przyczyn obiektywnych przegapić któryś z występów naszej męskiej reprezentacji siatkarskiej. Więc może nie demonizujmy Panowie i nie generalizujmy, że kobiety kłamią mówiąc, że kochają sport?
A teraz te bardziej "życiowe" kwestie. "Nie przeszkadza mi sprzątanie po Tobie". Tu jest nieco gorzej, bo trudno mi ocenić ile w takim stwierdzeniu może być nieprawdy. A więc znowu odniosę się do swojej sytuacji. Zanim wyszłam za mąż marzyłam, żeby mieć własne mieszkanie, sprzątać je, robić pranie, gotować obiadki (bez przesady: nie codziennie). Marzenie się spełniło i mogę powiedzieć, że lubię sprzątać, gotować, robić pranie (to w końcu nie jest jakaś wielka filozofia), gotować obiadki w soboty i niedziele. Nie powiem, że jestem fanatyczką porozrzucanych łachów, naniesionego piachu albo porozrzucanych gazet, niemniej nie jest dla mnie udręką sprzątanie tego wszystkiego, zważywszy na fakt, że mój ukochany poczuwa się do pomocy w domu, bo ja go do tego powoli przyzwyczaiłam. I teraz u nas niewiele jest uwag na temat w/w sytuacji, które zastanę w mieszkaniu. Każde z nas wie, że wspólnie dbamy o dom i ja nie uciekam się do szantażu albo zmuszania mojego męża do odkurzania dywanu i mycia garów w zamian za łaskawe upranie jego ubrań. Wniosek? Wydaje mi się, że jak każda inna sprawa, tak i ta wymaga dogadania, obopólnego zrozumienia i przynajmniej szczypty zaangażowania z męskiej strony. Wiadomo, że mężczyzna z reguły nie pełni roli gospodyni domowej, ale świadomość, że można liczyć na jego pomoc, że on ceni to co kobieta dla niego robi powoduje, że łatwiej jest kobiecie wywiązać się z tych obowiązków.
No i jeszcze: "Uwielbiam Twoją rodzinę". Takie stwierdzenie, jeśli jest nieprawdziwe, to chyba rzeczywiście ma na celu nie ranienie uczuć drugiej strony. Niestety w moim przypadku nie mogę wypowiedzieć w/w zdania z przekonaniem. Nawet nie próbuję. Mówię prawdę i mój mąż ją zaakceptował, co nie znaczy, że się w pełni z tym pogodził. Myślę, że akurat w tym przypadku mijanie się z prawdą może zdziałać więcej złego niż dobrego.
Mówienie nieprawdy (ok: kłamstwo), posługiwanie się półprawdami albo nie mówienie nic (ani prawdy ani nieprawdy) to śliskie metody i mogą zburzyć wzajemne zaufanie. Co do tego nie ma wątpliwości. Niemniej, jeśli druga osoba zaczyna posługiwać się którąś z nich to ma to swoje uzasadnienie i trzeba zastanowić się nad przyczynami tego zjawiska. Czasem może się okazać, że wina leży po drugiej stronie, szczególnie, jeśli zabraknie wnikliwości i zrozumienia, a ich miejsce zastąpią stereotypy i przypisywanie kobietom wyłącznie niecnych pobudek.







